PORTRETY STAWNO 2007
 

4 dni, 1 wieś i 114 portretów

W ciągu niespełna tygodnia moja karta pamięci cyfrowej zapisała wiele plików zawierających obrazy twarzy, a ja skojarzyłam z nimi i zapamiętałam kilka odniesień do wydarzeń, wrażeń i strzępków z życia wziętych.

Katalog twarzy to dla mnie punctum całego zajścia, które miało miejsce latem roku 2007:  Kinomobila – kina na kółkach i serii działań community art*. Zbiór twarzy. Niejednorodnych, połączonych różnymi zależnościami i relacjami, więzami krwi czy przyjaźni, ale i powiązanych miejscem zamieszkania, a na pewno miejscem przebywania w dniach 14-18 sierpnia we wsi Stawno**.

A teraz sam chodzi po świecie…

Pani Janina, najstarsza kobieta we wsi, jak mówią niektórzy, albo zaraz po pani Heli, jak mówią inni. Przyzba. W rekach mały nożyk i fasola szparagowa na obiad. Piękna, pogodna twarz wygrzewa się na słońcu, poddając się jednocześnie rytmicznemu kołysaniu pracy rąk. Portret? Ależ po co? Przecież mnie już nie trzeba robić portretów!

 Na ziemi, w podobnym rytmie co ręce pani Stasi, koci język liże pręgowane jasno-szare futerko na przednich łapach. Piękny kot! O tak, śliczny. Z tego miotu on jeden się ostał. Dwa takie były. On i jego matka identyczna. Dwa szaraki. Tak długo ją ssał i ssał. Chyba z rok. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie wiedziałam. Razem se leżały, bawiły. Chodziły razem wszędzie. Piękne to było. Raz zaglądam pod krzaki a matka już nie żyje. Zdechła i teraz ten sam chodzi po świecie. Gdyby się znalazł jeszcze jeden taki szaraczek, to bym go wzięła, dla towarzystwa.

To co z tym portretem? No, nie teraz. Później. Może jutro, dziś głowa boli.


To takie życiowe

 

Pierwszy seans Kinomobila w Stawnie. Dziś Wałkonie Felliniego. Z przodu głównie dzieciaki. Z tyłu m.in. Pani Jadzia. Najpierw wprowadzenie. Trochę historii z życia samego reżysera, trochę o filmie. Opowiada „Pan Fellini”, czyli Michał, ochrzczony tak przez stawieńskie panie. Historia kilku młodych ludzi w scenerii Włoch  lat 50tych zaczyna się toczyć. Wszyscy w skupieniu oglądają, tylko Pani Jadzia wyprzedza wszelkie fakty. Jakby pisała scenariusz na bieżąco. No tak, pewnie w ciąży jest!  Ucieka drań jeden, chce się wywinąć! Pani Jadzia niegdyś trenowała biegi teraz jest duszą towarzystwa, ze sprinterskim wyczuciem sytuacji. To takie życiowe te filmy – podsumowała seans Pani Jadzia. Na zdjęcia udało mi się ją namówić dopiero przy czwartym… słońca okrążeniu.


Za księdzem jak za wodzem

Środa, 15 sierpnia, godzina 10 z minutami. Stan zrobionych zdjęć – 56. A trzy godziny później już 93!

Na pomysł wpadła oczywiście Zuzia, pani Sołtys. Dzień wcześniej zapachy jabłecznika rozchodziły się po całym domu. W środę wcześniejsza pobudka, drobne przygotowania na świetlicy, gdzie odgradzając kawałek przestrzeni złożonymi stołami do ping–ponga udało się wygospodarować mały, intymny kąt à la studio, no i  kilka słów… z księdzem Wiesławem. Kościół mieści się tuż za zakrętem domu pani Sołtys; jeszcze z ogrodu było widać kolorowy korowód stojących na baczność lub zwisających strzępiastych plam w rękach mieszkańców. To bukiety z marchwi, zboża i różnych innych dóbr, ozdobione kwiatami i trawami. Poświęcone w dzień Matki Boskiej Zielnej mają zapewnić dobre plony na kolejny rok. Ksiądz Wiesław na czas kazania zamyka Biblię, zaczyna opowiadać i pytać o Matkę Boską, o różnicę między wniebowstąpieniem i wniebowzięciem, o to, kim była. Ludzie słuchają i odpowiadają. Jest przepływ. Z ambony po ogłoszeniach parafialnych, a tuż przed błogosławieństwem, ksiądz zaprasza wszystkich na kawę, ciasto i…portret. Mój sceptycyzm co do udanej akcji niknie i już nie dziwie się na widok kolorowego korowodu zgodnie podążającego za księdzem-wodzem na świetlice.


Pół minuty

 

 

Środowy sukces trudno byłoby powtórzyć – to jasne. Ale nadal został przynajmniej jeszcze jeden dzień, w którym kronika portretów mogłaby się choć trochę powiększyć. Mój plan to przynajmniej przekroczyć setkę. Wszyscy chętni i mniej oporni już dali się namówić. Teraz będzie dużo trudniej. Zaglądam na podwórka, pukam do drzwi. Wszyscy jak mantrę na dzień dobry powtarzają: nie ma czasu, nie ma czasu!

Na zmianę z: przecież ja nie fotogeniczny / nie fotogeniczna. Pana Adama udaje mi się zaczepić, jak wyjmuje zakupy z auta. To tylko pół minuty obiecuję. No tak, no tak, ale musiałbym się przebrać, no nie wiem, no nie wiem. To może przyjdę za chwile, tylko zmienię koszule.


 

 

 

A Pani? Pani da się sfotografować? Nie, kochana, obiad gotuję! Tylko pół minuty – powtarzamswoje. Rosół będzie, kochana, rosół, może później…

Po Panu X przychodzi Pan Adam. No wie Pani co, przemyślałem to. Jak mam się dać fotografować to tylko w tej koszuli Nie przebrałem się, bo po co. Przecież ja zawsze tak wyglądam, a nie inaczej, no nie? To nie ma się co przebierać. Świetnie – mówię – proszę usiąść. Pstryk. I już. O już, no to rzeczywiście pół minuty.  A Pana żona? Myśli Pan że dałoby się ją namówić. Namówię, namówię – mruga Pan Adam – na to pół minuty!

 


 


Polowanie

 

 

Kolejny dom. Stoję na podwórku, słońce świeci prosto w oczy. Na rusztowaniu Pan i Pani malują ściany. To może państwo dadzą się namówić na portret? Trudno przekonać na początku, ale potem to jedni drugich namawiają. Metodą łańcuszkową informacja po wsi szybko się rozchodzi. Dzieci nakłaniają rodziców, a babcie dziadków. Pan Jarek obiecał namówić żonę. Jednak nie zawsze wszystkim się udaje, wiec gdy pani Iwona nie nadchodzi, zrezygnowana myślę już o kolejnym wypadzie, po nowe twarze. Myślę o nowych… łowach, o nowym polowaniu. Mój aparat potrzebuje nowej ofiary.


 

 


 

Jak szpieg po drodze zahaczam o dom Panstwa Kak. Pan  Jarek intuicyjnie wyprzedzając mój atak oznajmia: Przecież już poszła pół godziny temu i energicznie wyciąga komórkę. No i co, nie doszła? Pyta wystukując numer. Nie doszła przytakuję a z tyłu gładzę body mojego aparatu, cykającego z głodu przestrzeń dookoła. Pani Iwona wyczuła nasze zamiary i przed aparatem skryła się…u sąsiadki.  
 


Jan Kochanowski

 

 

 

Rzadkością były akty własnowolnego przyjścia i oddania się do dyspozycji fotografa. Może z wyjątkiem dzieci. Zwłaszcza tych młodszych, i na początku. Dlatego przyjście pewnego pana dnia już czwartego, i to z samego rana, było dla mnie nie lada zaskoczeniem. Historia nabrała dodatkowego smaku, gdy już post factum dowiedziałam się, że pan ów nie byle kim, lecz samym… Janem Kochanowskim był!


Hubert, czyli mroczna strefa

 



W większości jednak przypadków, zwłaszcza osobników płci męskiej, łatwo nie było, o nie! Hubert z początku wyraził kategoryczny sprzeciw, po prostu: Nie! Zresztą nie tylko wobec mojej propozycji, bo i na warsztatach video zrazu droczył się i sprzeciwiał. Po wpływem działań Ani i Zbyszka szybko jednak dał się wciągnąć i wymyślał historie niesamowite, które chciałby przełożyć na język filmowy. Wraz z innymi czterema uczestnikami udało mu się stworzyć 12-minutową etiudę, zawierającą niejednorodne mini-fabuły o różnych klimatach i różnym tempie. Hubert uwiecznił mroczną strefę Stawna. Akcja dzieje się na… cmentarzu. Obiecał, że w przyszłości jeszcze nie raz sięgnie po kamerę i będzie opowiadał…różne historie.  


Energia prababki!

 

U Zuzi, Pani Sołtys zawsze energicznie i nigdy nudno. Tu wiele historii przeszłych przeplata się z dziejącymi na bieżąco. Perfekcyjność wielotorowego działania jest wrodzona. Zuzia jedną ręką wyjmuje świeżo pomalowane garnki ceramiczne, drugą zamiata sień, w międzyczasie odbiera telefon, wypisuje listę zakupów i wchodzi do kuchni, bo przecież tam właśnie w tej chwili trzeba obrócić naleśnik, który się smaży! Musi się dużo dziać, bo inaczej energia ją rozpiera. A energia nie byle jaka, bo przekazywana z pokolenia na pokolenie. Od babki-prababki! Jedna z historii rodzinnych opowiada, jak to prababcia w polu ziemniaki kopiąc powiła bliźniaki, po czym… kazała starszym dzieciom zanieść do domu niemowlęta, sama zaś wróciła do pracy, obok męża, bo przecież robota nie poczeka. A gdy wieczorem do domu wróciła, rzekła: a on nawet nie zmiarkował żem urodziła!


Dziura w puszce

 

 

Wystarczy puszka po kawie, kawałek materiału, trochę chemii, papieru fotograficznego i przede wszystkim chęci! To właśnie fotografia otworkowa prowadzona przez Olę stała się hitem sezonu wśród młodego pokolenia Stawnian. Dzieciaki potajemnie przesypywały kawę do słoików. Produkcja puszek-aparatów osiągnęła zawrotne tempo. Prócz puszki nieodzowna jest również… dziurka. Tu Pan Janek zwany "Michałem", kowal artystyczny służył niezawodną pomocą.


 

 

 

Pani Grażyna i Pan Jan-Michał przybyli do Stawna niedawno, a do zdjęć jako jedyni postanowili się przebrać. Dziurki zaś w puszkach zrobione ręką pana Jana-Michała dały efekt wyśmienity, tak że pod koniec naszego pobytu seria zdjęć otworkowych stworzyła galerię przedziwnych widoków, zapełniając całą ścianę w świetlicy.  


Nie tylko kino na kółkach

Najmłodsza ekipa najbardziej obległa Maję. Pianki, śrubki, sprężynki, kawałki różnokolorowego metalu, plastikowe kółka, gąbczaste trójkąty, świecące żyłki i zwoje sznurków-sznureczków – to wszystko i wiele więcej stanowiło bazę do produkcji biżuterii. Eryk specjalnie dla mamy wykonał bransoletkę. Inni robili kolczyki, naszyjniki i dziwaczne konstrukcje, które zakładali sobie nawzajem. Dzieciaki krążyły za Mają brzęcząc psze pani psze pani a jak to się robi? Wszystkie chodzą już do szkoły, a właściwie jeżdżą autobusem do pobliskiego miasteczka, Złocieńca, bo w Stawnie nie ma szkoły. Nie ma też i sklepów spożywczych. Codziennie rano przyjeżdża sklep na kółkach, czyli minibus z chlebem, mlekiem i drożdżówkami.

Włosy

Już piątek. Powoli kończy się nasz pobyt w Stawnie. Wracając z jeziora Łąki po raz kolejny mijam bielony, wyjątkowo jakby drobny dom, opleciony winoroślą. Na przyzbie, na tle żółtych drzwi siedzi pani Hela. Najstarsza kobieta we wsi, albo zaraz po pani Stasi. Zdjęcie już dawno zrobione. Idę się przywitać. Historie sypią się, jak z rękawa. Pamięć doskonała. Jak przybyli, jak budowali. Tu w Stawnie historie o przeszłości i korzeniach są wyjątkowo cenne. W tych okolicach, gdzie Stawno, Złocieniec i powiat drawski, ludzie szukają, powtarzają i przechowują opowieści jak złoto.  Historie rodzinne większości mieszkańców tych miejsc zaczynają się podobnie. Dziadkowie przesiedleni zaraz po wojnie z kresów wschodnich do ziem odzyskanych trafili do niemieckich domów. Nikt wtedy nie chciał pamiętać, wypierano przeszłość. Dopiero po czasie kolejne pokolenia szukają nici, powiązań, szczegółów splatających rodzinne dzieje. Woda z moich włosów kapie na kolana pani Heli. Pani Hela, nie przerywając opowieści zaczyna kolejny wątek, tym razem z przestrogą. Dziecko, ja takie piękne grube warkocze miała, o takie jak ta pięść i raz gdy szliśmy drogą w jeziorze umyła i o,  połowa wyszła. No. Nie wolno w jeziorze włosów myć, dziecko drogie, nie wolno!


********************************************************

* Między 13 i 18 sierpnia 2007 roku Stowarzyszenie Na Rzecz Kultury Aktywnej SO:ON zorganizowało we wsi Stawno przedsięwzięcie KINOmobil & LABORATORIUM OBRAZU.  KINOmobil, czyli plenerowe „kino na kółkach”, z założenia twórcza edukacja filmowa, która ma docierać tam, gdzie kino raczej się nie pojawia lub pojawia się rzadko - w tym roku z wybranymi filmami Federico Felliniego. Przed każdym seansem krótkie wprowadzenie sytuujące dany film zarówno w historii kina, jak i w dorobku reżysera przedstawił Michał Herer. LABORATORIUM OBRAZU, czyli cykl warsztatów audiowizualnych nakierowanych na działania praktyczne. W tym roku zostało zrealizowanych kilka warsztatów. Ania Mielech i Zbyszek Gozdecki poprowadzili warsztat video. Fotografii otworkowej uczyła Ola Wirkowska, zaś  Land art  poprowadziła Maja Pietruszka. 

 

** Stawno to wieś położona w województwie zachodniopomorskim, w powiecie drawskim, w gminie Złocieniec, nad jeziorem Łąki. Na dzień dzisiejszy liczy około 156 mieszkańców.

********************************************************

 

 

 

 

 

 

 

Aleksandra Hirszfeld