KILKA DNI Z landartowych WARSZTATÓW

ALBO...NARODZINY SMOCZYCY

W Poniedziałek rano  wielki stos najróżniejszych różności powitał stawnieńskie dzieciaki w ich własnej świetlicy: kable, druty, sznurki, rurki, wstążki, sprężynki, folie, pióra, guziki, koraliki, gąbki, styropiany, gwoździe, szpilki a nawet…procesory i oporniki oraz duuużo niebieskiej pianki, którą mieszkańcy Warszawy, pokonujący często Most Poniatowskiego, na pewno rozpoznają z niedawnego remontu... (nieoceniona Ola przywiozła cały ten kram swoim przepastnym volvo ;)

Wtorek minął na wzajemnym oswajaniu się. Wspólnie z dzieciakami badaliśmy kłębowisko różności znalezionych na miejskich śmietniskach i złomowiskach, rzeczy niepotrzebnych, wyrzuconych, znalezionych w próżni nieużycia… i tak pierwsze wielobarwne bransoletki, kolczyki, breloczki i naszyjniki wywędrowały w świat...

 
W Środę na chwilę wróciły, ale w rękach Mam, zaciekawionych rękodzielniczą aktywnością  potomstwa. Tego dnia zaczął się również pomalutku krystalizować pomysł Smoka (nieśmiało proponowana przeze mnie idea konstruowania alternatywnego dla dotychczasowych „strachów na wróble” – „wróbla na strachy” początkowo nie porwała, ani nie zachwyciła...)

  
Czwartkowa praca, przy atmosferze nieustającego harmidru i tupocie małych stóp, sporów i przekomarzań, kłótni o to: co, kto, z kim i kiedy, zaowocowała niczego sobie wyrazistą głową i szkieletem stwora. Zaś wieczorem, tuż przed pokazem filmu Kuszenie Doktora Antoniego w reżyserii Felliniego, narodziły się…skrzydła.


Piątek obdarował nas wspaniałą Panią Danką i jej siatką…do porcjowania dziczyzny. Siatce tej smok zawdzięcza swój tułów. O zmierzchu zaś nasz nowy przyjaciel mógł już dreptać o własnych trójpalczastych łapach...
 

W Sobotnie południe 5-metrową, smukłą i wielce powabną smoczycę z gatunku Śmiechoziejów Modrych ponieśliśmy w miarę zgodnie (chętnych do parady zjawiło się nagle wielu) i z niemałym wysiłkiem! Samica bowiem była rozpostarta na  siedmiu tyczkach. Celem naszej wyprawy było pobliskie jezioro, nad którym odbywało się Święto Łąki. Tam, w splendorach zachodzącego nad taflą jeziora słońca, nasza smoczyca zachwyciła całą swą krasą, a wizerunkiem swym zdementowała krążące po wsi plotki, jakoby była ślimakiem lub motylem.

 

Ogólnym zamysłem landartowej odsłony KINOmobila było sprowokowanie lokalnego potencjału twórczego do czynnej komunikacji  i konfrontacji z materią quasi-miejską, do pożenienia i wyprodukowania konstrukcji opartych na produktach wiejsko-miejskich. W przypadku Stawna punktem odniesienia dla mnie było Święto Łąki, podczas którego rokrocznie odbywał się konkurs „strachów na wróble” wykonywanych wcześniej przez dzieci i dorosłych, w domach lub pod opieką pani świetliczanki. Byłam ciekawa, co wyniknie ze spotkania siana, słomy i sznura z drutami, kablami, gąbkami, piankami i plastikiem...nic nowego dla historii zdarzeń z pogranicza sztuki, ale pierwszy raz dla Dzieciaków ze Stawna i Mai Pietruszki.

I na pewno nie ostatni….

 
                                                                                       Maja Pietruszka